Start Wspomnienia Muchowa reminiscencja

Główne menu

Relacje

Sprzęt

Portal

Materiały Filmowe

Reklama
Muchowa reminiscencja Drukuj Email
Wspomnienia
Wpisany przez Arkadiusz Kubale   
sobota, 04 lutego 2012 21:53

Dziś w przypływie ułańskiej fantazji o godzinie 4.30 niczym zjawa (w sensie: bezgłośnie i cicho, w zgodzie z naturą, i takie tam...), a tak naprawdę to na wpółżywy, bo mój chronotyp to bardziej sowa niż skowronek, pojawiłem się nad Wartą. Tam, gdzie zawsze, bo jako człowiek bez auta, skazany jestem na MPK. Zmęczenie i senny nastrój szybko jednak ustąpiły nerwowemu montowaniu sprzętu, gdy zobaczyłem, co i z jaką częstotliwością buszuje przy samym brzegu. No tak, po nocy ryby nie są spłoszone – zupełnie inaczej niż na wieczór, gdy po całym dniu atrakcji w postaci spacerowiczów i innych amatorów nadwarciańskich klimatów mają zazwyczaj wszystko w pompie i naprawdę trudno je podejść. Niby oczywiste, a dopiero dzisiaj wziąłem sobie to do serca. Cóż, zwyczajnie cierpię na syndrom „niewiernego Tomasza” i jeśli sam nie zobaczę, nie doświadczę, to nie śpieszę się z przełożeniem tego na praktykę...

Żeby jednak nie przedłużać i nie trzymać w napięciu... Zaczęło się pechowo zerwaniem Red Taga. Cóż, w takim razie do boju wkroczy Black Zulu. Połowiłem dłuższą chwilę, lecz bez rezultatu. Mam spore przekonanie do tego wzoru, jednak widocznie tylko ja je podzielam, ponieważ ryb na niego jeszcze nie złowiłem. Zirytowany zmieniam na jedną z moich ulubionych pozycji, czyli Partridge and Orange. Na efekt nie musiałem czekać zbyt długo – rozpoczynam dwoma okoniami. Daleko im do standardów kolegi @bobesku, ale na przelewie stawiały dzielny i zacięty opór – ot, takie w okolicach 25 cm. Po okoniowym początku przelew został skutecznie wyłączony z łowienia na najbliższe kilkadziesiąt minut, więc posunąłem niczym ta zjawa dalej. No i zaczęło się – obławianie każdej kępki trawy, większych kamieni oraz klasyczna mokra w spływie. Przez kolejne pół godziny złowiłem trzy kleniki, niestety żaden nie przekroczył 30 cm, ale frajdę miałem niesamowitą z tego, w jaki sposób brały. Nie jakieś tam skubnięcia i inne trącenia półgębkiem, ale regularne gejzery na powierzchni, a jeden nawet sobie wyskoczył – chciałoby się rzec analogicznie do potocznego określenia płoci jako „gruntowej”, że ów kleń, mimo niewielkich rozmiarów, miał już naturę iście „nurtową”. Naprzeciwko mnie spławikowcy bombardowali swoje stanowiska zanętą, „moja” strona rzeki na szczęście była tylko dla mnie – widać takie uroki świtu, nawet w weekend, w środku dużego miasta.

Tyle o kleniach, ponieważ dd kilku wypraw dość mocno zaintrygowały mnie bolenie, które w całym swoim uroku omijały w sposób dość bezczelny moje przynęty. Zwykle, gdy zaobserwowałem powtarzalne ataki tej ryby, zmieniałem natychmiast muchę na streamera i próbowałem szczęścia. Ten, kto czyta moje wynurzenia, wie, że jak dotąd bezskutecznie – do dzisiaj... Jakieś 15 m od mojego stanowiska widzę charakterystyczne ślady uciekającej drobnicy. Tym razem postanawiam zastosować inną taktykę, mianowicie łowić na tę samą muszkę, czyli małą mokrą (nr 14) – wyczytałem gdzieś, że w zasadzie w przypadku bolenia ma to sens i oprócz streamerów czasem skuteczne bywają właśnie takie mikrusy. Nie pamiętam, ile rzutów oddałem – może trzy, może pięć, ale to, co się wydarzyło, na długo pozostanie w mojej pamięci. W pewnym momencie w okolicach powoli podciąganej pod prąd muszki, jak duch, pojawia się boleń. Nie widzę oczywiście samej ryby, ale charakterystyczny „fałd” wody idący za przynętą. Nim dotarło do mnie, co właściwie się dzieje, czuję potężne szarpnięcie sznura i od razu wiem, że nie będzie łatwo – walnięcie ogonem na powierzchni i jegomość sunie w stronę otwartej wody. Błyskawicznie wybiera mi luźne zwoje sznura, gorączkowo próbuję podjąć decyzję, czy holować go z kołowrotka, czy może jednak wybierać sznur – decyduję się na opcję numer dwa. Ostrożnie odzyskuję metr, może dwa, ale targnięcia są na tyle silne, że oddaję zaraz linkę i pozwalam boleniowi się wyszaleć. Ryba próbuje płynąć w dół rzeki, po chwili niebezpiecznie zbliża się do zalanych traw, płosząc stadko uklejek – jakoś udaje mi się ją zawrócić na głębszą wodę. Potem próba ucieczki w górę rzeki, znów muszę oddać nieco sznura, ale widzę jednocześnie, że ryba powoli słabnie. Nogi mam jak z waty, nie chcę nic zepsuć – może to wydać się śmieszne ludziom, którzy łowią częściej takie ryby, ale dla mnie to w końcu pierwszy boleń na muchę! Kilka razy łapię za rączkę podbieraka, ale zmuszam się, by odwlec moment lądowania – chcę to zrobić raz, a porządnie. W końcu mam go w zasięgu, odczepiam podbierak i... jest! Pozostaje tylko kwestia szybkiego zrobienia sesji zdjęciowej – zaczyna się ekwilibrystyka z wyciąganiem aparatu jedną ręką z plecaka, z boleniem w podbieraku. Staram się, by ryba jak najdłużej była w wodzie – jest ciepło, boleń zaś wymęczony, ale pierwszy na muchę musi być na zdjęciu i basta. Całe szczęście wszystko idzie po mojej myśli, po jakiejś minucie aparat na statywie, a ja z boleniem pozuję przed obiektywem. Robię tylko dwie fotki, mierzę rybę – ma 44 cm. Potem jeszcze krótka reanimacja w silniejszym prądzie i ryba odpływa – mam nadzieję, że w znośnej kondycji.

Myję dłonie. W głowie pełno myśli, jestem strasznie podekscytowany sukcesem. Z niepewnością podchodzę do aparatu – w ferworze sesji nie sprawdzałem, jak wyszły zdjęcia, boję się tego, co zobaczę. Pierwsze zdjęcie – moje nogi i boleń. No tak, nie zdążyłem ustawić się przed obiektywem. Pozostaje mieć nadzieję, że może druga... Uff, wyszło. Nawet ostre, będzie fajna pamiątka. Siadam sobie nieopodal brzegu na jakimś konarze naniesionym przez wielką wodę. Wyciągam kanapkę, zawieszam podbierak, żeby się wysuszył. Robię jeszcze zdjęcie szczęśliwej muszki. Przechodzi pierwszy spacerowicz, jest już po 7... Po śniadaniu, doławiam jeszcze dwie uklejki, zrywam muszkę i postanawiam wracać. Jest fajnie.

Kolejna muszkarska lekcja za mną. Wnioski? Warto wstać o 3.30, warto mieć Wartę tylko dla siebie – choć przez moment. Warto też zająć się boleniem – cudnie walczył na muchówce. Już rozumiem, dlaczego przypon powinien mieć minimum 0,20 mm (ja miałem 0,16), dlaczego zaleca się wędziska w klasie #8. Nizinne muchowanie wciąga.

PS. Załączam fotkę mojej szczęśliwej muszki. Prosty i naprawdę skuteczny wzór. Panie i Panowie – przedstawiam Partridge and Orange (wersja po przejściach).

 

***

 

Dziś dla odmiany wybrałem się na pobliskie glinianki – taka spontaniczna akcja, żeby nie schamieć nad rzeką. Zapowiadany w prognozach ostatni upalny weekend oraz od dawna kiełkujący pomysł, by wypróbować pewien wzór na wzdręgi, zdecydowały ostatecznie, że na dwie godzinki zawitałem nad jedną z poznańskich Szacht.

Zaczęło się średnio. Pomyliłem zejście na jedną z miejscówek, co zaowocowało przedzieraniem się przez istną mandżurię. Jednak nie to było najgorsze. Zaraz po dotarciu na dół okazało się, że ścieżka, którą zwykle schodzę na to miejsce, była tuż obok. Tak jakoś głupio zasugerowałem się, że wszystko pozarastało przez ostatnie dwa miesiące mojej nieobecności, że nawet nie szukałem mojej rutynowej drogi. Tak zatem zafundowałem sobie na dzień dobry marsz przez pokrzywy i inne chaszcze. Myślałem, że znam te miejsca na wylot. A co, można i tak...

Rozkładam sobie spokojnie sprzęt, aż tu nagle coś tarabani się tą samą drogą. Podnoszę wzrok – wędkarz. Myślę sobie: „głupich nie sieją...”. Facet bez najmniejszego skrępowania mija mnie i ładuje się na miejscówkę 5 metrów ode mnie. Jesteśmy na takim małym cyplu, więc w pazerny sposób stara się obłowić wszystko przede mną, rzuca tą blachą, jakbym miał mu zaraz wodę z tego stawu wypić. Trochę mnie wkurzył tym, że wepchnął mi się na miejscówkę, ale spokojnie dalej rozkładam sobie sprzęt. Po chwili jegomość zagaduje, pyta o wyniki, a gdy się dowiaduje, że będę łowił na muchę, mało nie wpada do wody. Nie chce mi się z nim gadać, zbywam go półsłówkami – trudno, najwyżej wyjdę na standardowego muszkarskiego buraka. W końcu zaczyna się jego monolog na temat rybostanu tej glinianki. Słyszę, że jest źle, strasznie, że drapieżników nie ma. Nie wytrzymuję i mu odpowiadam, że jak każdy wali w beret 30-centymetrowe szczupaczki, a przeźroczyste okonie przepuszcza przez maszynkę do mięsa, to mniej więcej daje to właśnie taki efekt. W odpowiedzi słyszę, że to wina sumów i w zasadzie nie mam racji. Odpowiadam tylko, że idąc tym tokiem, w Odrze nie powinno być już jednej zakichanej płotki. Swoją drogą populacja ryb w tej gliniance ma się jakimś cudem jeszcze dobrze. To nie tylko moja opinia. Facet odchodzi, chwilę jeszcze patrzy jak łowię – standard. Jestem nieco zirytowany, bo szarpał się z zaczepami, a wzdręgi są dość płochliwe. Kiedy znika za glinianymi nasypami, mam pierwsze branie i pierwszą wzdręgę. Kilka rzutów później doławiam drugą. Nie są wielkie, ale cieszą. Zabawna sprawa jak te małe rybki walczą – wyskoki nad powierzchnię to norma. Trzeba się pilnować na tych płytkich zatoczkach z zielskiem – jest tam ledwie pół metra wody, chwila nieuwagi i wzdręga idzie w roślinność. Małe toto, ale zawzięte i silne jak na swoje rozmiary. Dlatego lubię je łowić. No i większe osobniki są naprawdę ślicznie wybarwione.

Zmieniam miejsce, bo na tym już brania zanikły – hole na płytkiej wodzie i źle położony sznur, szybko płoszą ryby. Źle dziś wymierzyłem czas, słońce już prawie chowa się za drzewami. Z dnia na dzień coraz szybciej ciemno, idzie jesień. Idę na następną miejscówkę, po drodze widzę bobry, to ich pora. Jakieś 10 metrów od brzegu dostrzegam kępę roślinności. Tam też posyłam moją przynętę. Dziś łowię tylko na Rojo Midge. Imituje poczwarkę ochotkowatych i w taki duszny wieczór, gdy komary chcą mnie dosłownie zeżreć żywcem, mimo repelentów, powinien być to dobry wzór. I jest. Kolejne kilka rzutów, kolejne dwie wzdrążki. Niestety żadna z nich do sesji się nie nadaje, ale znów powtórka ze skoków nad wodę. Znakomicie pasuje do tej sytuacji powiedzenie „mała rzecz, a cieszy”. Choć rzecz, to niezbyt szczęśliwe określenie dla żywego stworzenia. No mniejsza.

Znów się przemieszczam, tym razem zmuszają mnie do tego komary. Słońce już zaszło, robi się szaro. Chcę jeszcze koniecznie obłowić jedno miejsce, które przyniosło mi rok temu największą wzdręgę. Jednak zanim zabiorę się do łowienia, muszę wymienić końcówkę przyponu – węzełek na żyłce 0,12 to nie najlepszy pomysł, zwłaszcza gdy weźmie większa ryba. Zawiązanie tego odcinka żyłki to już istna katorga – parno, szaro, komary przechodzą już same siebie, plecy mam całe w bąblach. W końcu wszystko gotowe, zawiązuję muszkę. Jest już prawie ciemno, pozostaje mi więc kilka rzutów. Niestety nie doczekuję się brania, pora kończyć.

Szybkie pakowanie w bardzo ładnej scenerii – wschodzący księżyc w pełni, przelatujący łabędź, krzątające się nieopodal bobry – pomyśleć, że to wszystko na obrzeżach dużego miasta, zaledwie 20 minut drogi spacerkiem z mojego osiedla. Robię zdjęcie. Wracam sobie z nogi na nogę, nie śpieszę się – mam już nawet gdzieś te komary. Intuicyjnie po tylu latach żegnam się z tym miejscem, mam do niego duży sentyment. Tu wszystko się zaczęło, całe moje łowienie. Ech, jeszcze tyle wzdręg tam jest do złowienia...

 

***

 

Dziś po dwutygodniowej przerwie wybrałem się na poznańskie „betony”. Jakoś nie mam wielkiej weny do pisania, zresztą nie ma specjalnie o czym. Ciepłe jesienne popołudnie przyciągnęło nad Wartę nie tylko mnie, ale i innych wędkarzy, spacerowiczów oraz inne atrakcje w postaci wioślarzy, kajakarzy, itp. Nie przeszkodziło mi to jednak w miłym spędzeniu czasu i złowieniu kilku niewielkich kleników – wszystkie poniżej wymiaru lub ocierające się o niego. Jeden z nich był zdecydowanie większy, ale postanowił zakończyć naszą wspólną przygodę wypięciem się w połowie holu – cóż, bywa. Łowiłem sobie w zasadzie na totalnym luzie, testując swoje nowe okulary polaryzacyjne (test wypadł pomyślnie, ale Polaroid to Polaroid – bubli raczej nie robią). Z tego błogostanu i poczucia równowagi ze wszechświatem nie zdołało mnie nawet wybić spływające truchło łabędzia. Przez moment rozważyłem jakość piór tego ptaszydła – tak pro forma, jak to muszkarz.

Truchło spłynęło, ptaki śpiewały, dzieciaki wiosłowały na tych swoich śmiesznych kajaczkach, pajączki odwalały akcję pod kryptonimem „babie lato”, a ja dołowiłem... ukleję. Też dobrze.

Kolejne rzuty, czas i rzeka płyną sobie leniwie. W pewnej chwili czuję lekkie szarpnięcie na sznurze. No to szarpię i ja. Chyba troszkę za mocno, ponieważ spod powierzchni dosłownie wylatuje niewielki klenik, taki na oko z 15 cm, po czym z gracją wpada do wody. Ku mojemu zdziwieniu nadal mam go na końcu zestawu. Hol takiego „kabana” to czysta formalność, chyba że... cholera, wszedł w zaczepy! Straciłem go mimo moich cudownych polaroidów z oczu, dziwnie mocno zanurkował, szarpie się jakoś podejrzanie. Unoszę kij, napinam mocniej zestaw, a w myślach ganię siebie za to, że dałem takiemu malcowi wleźć w trawy. Zaraz, zaraz – przecież tam nie ma żadnego zielska, a mój klenik jakby zyskał na wadze! W tym samym momencie widzę bladozielony błysk pod powierzchnią i już wiem, co się dzieje. Nieszczęsnego malucha, zaraz po wpadnięciu do wody, dopadł niewielki szczupak. I nadal go ma! Parę następnych sekund to siłowanie się z tym zielonym i pazernym rybskiem, i jak to bywa w takich sytuacjach – nagły luz. Kleń jednak nadal jest na haku. Wyciągam go szybko z wody, oglądam. Po obu stronach nacięcia jak żyletką – takie nieco makabryczne, bo na żywo, sushi z klenia. Pierwszy raz jestem świadkiem takiej sytuacji, choć słyszałem o tym już nie raz. Robię zdjęcie, rybka wraca do wody. Co ciekawe, odpływa bardzo sprawnie. Zdaję sobie sprawę, że ma małe szanse na przeżycie, choć z drugiej strony często widzi się ryby ze sporymi bliznami. Może i tym razem...?

Do zmierzchu nic już się nie dzieje, jeśli nie liczyć kilku minut aktywności jakiegoś drapieżnika – drobnica na odcinku około 30 metrów wyskakuje regularnie nad powierzchnię. Już nie łowię. Jedynie przyglądam się temu mini spektaklowi i zastanawiam się, czy to bolenie, a może sandacze? Spokojnie pakuję cały majdan i powoli wracam w stronę mostu.

 

***

 

Wczoraj nad Wartą zrobiłem drugie podejście do tematu „szczupaki na muchę”, jednak tym razem byłem już lepiej przygotowany i w moim pudełku pojawiły się 10-centymetrowe muchy (czyli wg znawców szczupakowego fly-fishingu takie rozmiarowe minimum). Łowiłem długo, bo około 6 godzin, przy czym pierwszą godzinę „straciłem” na opanowanie rzutów tymi włochatymi streamerami. Około południa czuję lekki opór na sznurze, przynęta jakby haczyła o coś i wnet okazuje się, że to nieduży szczupak – ot, na oko ledwo przekraczający wymiar. Mam na nosie polaroidy, więc wszystko dokładnie widzę – również to, jak z rozdziawioną paszczą płynie za biało-czerwonym streamerem. Chwilę później znika gdzieś w mętnej wodzie i na tym w zasadzie zakończył się mój kontakt ze szczupakami podczas tej wyprawy. Z jednej strony cieszy fakt, że coś się zainteresowało moją przynętą, z drugiej – zabrakło przysłowiowej kropki nad i w postaci ryby. Poniżej prezentuję streamera, którym zainteresował się ten wybredny esox. A temat szczupaków na muchę będę kontynuował – to fajne łowienie.

 

***

 

No i Lechu w poprzednich postach wywróżył mi tego szczupaka... Tak, tak – pierwszy szczupak na muchę zaliczony. Łowisko to oczywiście poznańskie „betony”, czyli mój letni kleniowy rewir. Dzień był dość mroźny, przelotki obmarzały sobie w najlepsze, a ja jak ten dureń gołymi łapami wybierałem mokrą linkę... Dotarłem do tego miejsca, gdzie miałem już nieco spotkań ze szczupakami – kawałek spokojnej wody długi na jakieś 20 m, trzy dołki na krzyż i niewielki fragment z prądem wstecznym. To wystarczy, by na tak monotonnym odcinku „betonowej” Warty czyhał dyżurny szczupak – zresztą pisałem już o tym miejscu kilka razy przy okazji opisywania moich letnich wypraw z kleniami w tle. Z racji na niewielki obszar wody do obłowienia oraz pewność, że jakiś zębacz tam siedzi, postanawiam przeczesać miejsce bardzo dokładnie, metr po metrze. Trzy – cztery rzuty, dwa kroki w dół rzeki i znów to samo. Przy którymś z takich cyklów w końcu czuję opór na końcu linki, lecz – chyba na skutek zimna – nie od razu dociera do mnie, że mam na kiju rybę. Dopiero przy zdecydowanym targnięciu i oliwkowym błysku pod powierzchnią wody orientuję się, że mam upragnionego szczupaka. Ryba nie jest duża, a siermiężny przypon pozwala na dość swobodny hol i szybko ląduję szczupaka na małym wypłyceniu. Ponieważ jest to mój pierwszy, i na oko nie wróży pobicia rekordu Polski, szybko przykładam miarkę i widzę, że długość faktycznie kręci się wokół ustawowych 50 cm. Szybka fotka na brzegu, trochę zabawy z odhaczaniem (chwała opatrzności, że usunąłem zadzior!), bo przynęta tkwiła dość głęboko i sio do wody!

Poniżej załączam zdjęcie legitymacyjne tego sympatycznego „kaczodzioba” oraz zdjęcie muchy, na którą się skusił.

 

***

 

Pożegnanie z Wartą

Prolog

Z przyjemnego snu wyrywają mnie głosy krzątającej się po całym mieszkaniu rodziny. No tak, Święta... Za oknem szaro, najlepiej byłoby schować się pod kołdrę i dalej spać. Ale, ale... wigilia za pasem, dalej Święta, a potem kilkumiesięczny urlop szczupaków. W głowie zaczyna mi kiełkować myśl, że to najpewniej ostatnia okazja w sezonie, by pojechać nad Wartę. Pożegnać się, podsumować rok z muchówką w dłoni i być może – złowić szczupaka.

 

Akt I

Docieram nad wodę, właśnie minęło południe. Szary beton, szare niebo, szary nastrój i jeszcze bardziej szara, wręcz ołowiana Warta. Wokół nie ma nikogo – dziwne, ale miłe uczucie. Przez moment moja uwaga skupia się na próbie znalezienia kawałka suchego miejsca do przebrania się w spodniobuty, lecz niemal w tej samej chwili dociera do mnie skala beznadziejności tego pomysłu. Ściągam plecak i na pierwszym poletku wydeptanej trawy zaczynam się przebierać. Montuję wędkę, wybieram przynętę...

 

Akt II

Łowię. Wokół nadal nie ma nikogo, mgła gęstnieje. Przytłaczające odcienie szarości od kilku kwadransów są już w surrealistycznej barwie szkieł polaroidów – bursztynowe. Mechaniczne rzuty w każdy wolniejszy kawałek wody i mikrozatoczki. Szybkie, punktowe łowienie. Chyba sam nie wierzę, że tam może być ryba. Na powierzchni wody – stosownie do pory roku – zupełny brak życia. Jedynie kaczki nie zawodzą, ale nawet one w tej bursztynowej mgle wydają się jakieś zblazowane.

 

Akt III

Nawet nie zauważam, gdy docieram do mojej szczupakowej mety. Nazwa nieco eufemistyczna, ryby rzadko przekraczają tam wymiar, ale... są. W tych warunkach to wystarczy, tym bardziej że jakoś chłodno się zrobiło i wszechobecna wilgoć wciska się pod kolejne warstwy moich ubrań. W pewnym momencie z zamyślenia wyrywa mnie miłe szarpnięcie linki. Od razu czuję, że ryba jest mała, zastanawiam się, czy to na pewno szczupak. Po kolejnych 5 sekundach moje wątpliwości się rozwiewają, a moim oczom ukazuję się szczupacze dziecię... Fotka z komórki w wodzie, dwa ruchy szczypcami i patrzę, jak ciemnooliwkowe stworzenie znika w chłodnych odmętach Warty. Przez moment nie myślę o chłodzie i zajmuję się „uczesaniem” potarganej muchy.

Została mi niecała godzina łowienia, a przede mną najlepsze na tym odcinku miejsce. Rzucam raz, drugi... Trzask! Moja mina – bezcenna. Stoję jak ten baran i coś mamroczę do siebie pod nosem. Zwijam jakoś sznur, przebieram się – pora wracać. „Cholera! Gdzie ta mucha?!” – mój wzrok stara się odszukać znajomy kształt i sekwencję kolorów w gęstym dywanie z pożółkłych traw. Jeszcze chwilę krzątam się wokół, żeby w końcu dać sobie spokój i ruszyć w kierunku mostu, na tramwaj. Znów jest szaro, naprawdę szaro – bursztynowe okulary są już schowane głęboko w plecaku...

 

Epilog

Po powrocie do domu dowiedziałem się od znajomego, że ta seria muchówek (Vision Intro) miała wadliwe szczytówki. Do tego wszystkiego od jakiegoś czasu systematycznie przeciążałem kij dużymi szczupakowymi muchami, które po namoknięciu trochę już ważą. Całość dopełnia kilka walnięć sporej muchy o szczytówkę – skutek nieudanych rzutów, wiatru i poskręcanej stalki. Pozostaje tylko mały promyk radości, że kij wyzionął ducha, zanim zdecydowałem się go oddać do rodbuildera na wymianę szczytowej przelotki i niektórych omotek.

 

Tekst, zdjęcia: Arkadiusz Kubale
Zebrał: Przemek Szymański
Korekta: autor

Skomentuj ten cykl reportaży na naszym forum.

 
Lure Factory 2012...
Reklama

Społeczność

Rejestracja
Forum
Facebook

Działy tematyczne portalu

Filmy
Poradnik
Publicystyka
Relacje
Sprzęt
Warsztaty

Aktualnie on-Line

Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości i 4 użytkownik 
  • mirek
  • Majki
  • bobesku
  • Dominik Kubisz

Redakcja - Przemek Szymański, Lesław Ruszała, Arkadiusz Kubale
Współpracownicy - Maciej Wieczorek, Piotr Flor, Paweł Brzuskiewicz, Rafał Kubicki, Remigiusz Kopiej, Kamil Rudnik, Dominik Kubisz, Mirek Świerkot, Darek Mrongas, Rafał Przybyła, Robert Szczepański, Sebastian Zdrojewski, Marcin Janaszkiewicz, Radosław Duszyński, Tomasz Cegiełka, Andrzej Walas i Jacek Grzeszczyk
Korekta tekstu - Arkadiusz Kubale (od 16.10.2011)
Moderatorzy forum - Rafał Przybyła, Lesław Ruszała, Arkadiusz Kubale, Przemek Szymański i Tomasz Palacz.
"Nakład" - www.naklenie.pl czyta miesięcznie średnio 28 000 osób (dane home.pl na maj 2012).
Copyring@2007-2012 www.naklenie.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone!
Materiały opublikowane w tym serwisie chronione są prawem autorskim.
Wykorzystywanie ich w całości lub w części, bez wiedzy i zgody redakcji, jest zabronione.
Realizacja pomysłu projektu:Websites Watford.
Szablon graficzny: templatka.pl
Portal istnieje od 01 lipca 2007 roku.




naklenie.pl naklenie.pl naklenie.pl naklenie.pl naklenie.pl