Start Wspomnienia Mokra na betonach

Główne menu

Relacje

Sprzęt

Portal

Materiały Filmowe

Reklama
Mokra na betonach Drukuj Email
Wspomnienia
Wpisany przez Arkadiusz Kubale   
poniedziałek, 01 sierpnia 2011 17:42

Rzecz działa się kilka dni temu. Po moich ostatnich "prawie sukcesach" w łowieniu leuciscusów na mokrą muszkę, musiałem odpuścić łowienie blisko na tydzień. W międzyczasie przyplątało się jeszcze jakieś badziewne przeziębienie, tak więc koniec końców nad Wartą zawitałem dopiero wczoraj w okolicach osiemnastej. Cel: kleń, jaź, jelec. Plan: łowienie na mokrą muszkę tradycyjnie, po łuku oraz ściąganie muszki pod prąd między kamieniami. Wysiadam z tramwaju, powoli zmierzam w kierunku mostu Przemysła I. No i jest – "moja" rzeka. Woda nieco wyższa niż tydzień temu, będzie z 30 cm więcej, ale to dobrze – kamienie są pod wodą, ale wyraźnie odznaczają się zwarami, rzeźbiąc powierzchnię wody w chaotyczne i fikuśne kształty.

 

 

 

Montuję sprzęt, w międzyczasie obserwuję też wodę – jest spokojniej niż ostatnio. Słońce jeszcze dość ostre, kończy się upalny dzień.

 

Wybieram mokrą muszkę – wybór pada na tę, co ostatnio, czyli Partridge and Orange, ale rozmiar większą, #10.

 

Ruszam wzdłuż rzeki, w dół, mój cień padający jeszcze na wodę, płoszy skupiska uklejek. Jest ich cała masa, w każdym spowolnieniu. Boleni jednak nie widzę. Łowienie rozpoczynam w pierwszym, zupełnie losowo wybranym miejscu – muszę się "rozrzucać", żeby we właściwych miejscach niczego nie zepsuć. Kolejne rzuty, czas płynie, nigdzie nie widzę oznak żerowania ryb. Troszkę mnie to deprymuje, ale też jednocześnie upewnia, że mokra muszka jest właściwym sposobem. Tak spędzam godzinę, powoli przesuwając się w dół rzeki.

 

Zmieniam wreszcie przynętę na poczciwego Red Tag'a, zaczynam czesać wodę wzdłuż brzegu, powolne prowadzenie między kamieniami. Około godziny dwudziestej ta taktyka w końcu przynosi efekt - uwielbiane przeze mnie szarpnięcie wyczuwalne na sznurze, wędka płynnie w górę, jest! Ale zaraz, zaraz... no tak, okonek. Ledwo toto ma wymiar, ale też cieszy, w końcu mam kontakt z rybą. Podczas holowania ryby za plecami pojawia się jakiś spinningista. Zamieniamy słowo – szuka boleni, ale bez powodzenia. Rozmowa schodzi na spacerowiczów, którzy mają w głębokim poważaniu wędkarzy i nie raczą przypilnować swoich czworonożnych pupilków...

Wracam do łowienia. Ledwo spinningista odchodzi, a pod moimi nogami jak strzała przemyka ładny boleń – no, te 60 cm miał... Bezgłośnie, pod samym lustrem wody, ale nie uderza – ot, tak sobie przemknął. Zmieniam na moment muchę na czarnego, "dyżurnego" streamera. Kilka rzutów nie przynosi efektu, zniechęcam się, zmieniam znów na Red Tag'a. Powoli schodzę w dół, próbuję różnych sposobów prowadzenia – tak mija kolejna godzina. Zaczynają się spławiać małe jazie. Niestety zanim zdążyłem pomyśleć o ich łowieniu, do wody z całym impetem wpada golden retriever. Właściciele daleko za nim, pies jest pełen optymizmu – niestety kosztem mojego własnego...

 

Wraca spinnigista. Mówi, że widział bolenia blisko dużego konaru naniesionego przez wysoką wodę, ale na tym jego kontakt z rybą się kończy. Ryby wybitnie nie chcą się pokazywać na powierzchni. Gość przynosi mi okoniowego farta, ponieważ w trakcie rozmowy z nim doławiam jeszcze jednego, małego pasiaka. Rozstajemy się, życząc sobie wzajemnie powodzenia, zmierzcha. Mam jeszcze jakieś 30 minut łowienia. Łamię się, czy nie wracać.

Nagle pomysł. Zawsze schodzę w dół rzeki praktycznie do tego samego punktu. Nigdy nie idę dalej. A może by tak zobaczyć i poczytać rzekę? Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Ruszam. Bezwietrzny wieczór sam w sobie jest miły, nawet bez widoku spławiających się ryb.

 

Docieram do wspomnianego przez spotkanego spinningistę konaru. Z pewnej odległości obławiam jego okolice, później warkocz. Pusto. Nie wysilam się, chcę iść dalej, ponieważ na horyzoncie widzę wyraźne zwary wchodzące w rzekę. Po chwili jestem w pobliżu tego niewielkiego, ale jedynego w okolicy przelewu. Jak na ten odcinek, ma nawet całkiem konkretny napływ. Spoglądam na zegarek, już po wpół do dziesiątej. W myślach przemyka mi, że pora kończyć to łowienie, ale grzechem będzie nie spróbować w takim miejscu. Skradam się w okolice napływu, uważnie stawiając każdy krok. Przyklękam, otwieram pudełko i na chwilę zawieszam się na jego zawartości. Nie wiem co założyć. Teoretycznie Red Tag jest kleniowym uniwersałem, ale... no właśnie, czy na pewno? Wzrok pada na kolejne rzędy muszek – szczerze mówiąc, nie mam ich zbyt wiele. Spoglądam na jeden ze wzorów ze skrzydełkami, który w zeszłe wakacje ukręciła moja dziewczyna. Jest wręcz metafizycznie – zmierzcha, w głowie kotłuje się pełno myśli, również i miłe wspomnienia ze wspólnego kręcenia muszek. Oboje nie umiemy wiązać imitacji ze skrzydełkami z piór, zwykle się rozłażą. Mam ledwo dwa wzory, które jakimś cudem wyszły. Myślę – dobrze, na koniec to fajny wybór. Zastanawiam się, czy skrzydełka się nie rozejdą podczas pierwszych wymachów i nie splączą przyponu. Cóż, nie dowiem się, jeśli nie spróbuję.

 

Muszka jest już na końcu przyponu, woda z cichym szumem przelewa się nad kamieniami, zapada zmrok. Muszę zdjąć okulary polaryzacyjne. To niezbyt roztropne w łowieniu na muchę, ale zwyczajnie już nic nie widzę, a swoich codziennych okularów nie zabrałem. Rzucam... Muszka ląduje przed napływem, spływa swobodnie, po czym łukiem wchodzi na przelew. Tym razem jestem skupiony, trzymam mocno sznur, czuję, że zaraz coś się może wydarzyć. Mucha spływa pod brzeg. Emocje nieco się stabilizują. Kolejny rzut, metr dalej. Kij wysoko, prowadzenie takie samo, jak poprzednio. Muszka tonie, mija napływ i łukiem zaczyna swój spływ na przelewie. Gdy jest już w połowie swojej drogi, czuję nagle mocne szarpnięcie, jedyne w swoim rodzaju. Zacinam, wir na wodzie, ryba na pewno jest wymiarowa. Zaczynam holować, powoli naprowadzam ją do podbieraka... To kleń. Jest. Jest już mój. Nie mierzę go, ale ma trochę ponad 30 cm. Pierwszy na mokrą. Podręcznikową mokrą! Zostawiam rybę w podbieraku na brzegu, tak by leżała sobie w wodzie. Jest spokojna, mam nadzieję, że nie ucieknie, choć – nawet jeśli... Montuję szybko aparat, ustawiam parametry, dłonie do wody i wracam po klenika. Szybkie trzy fotki – tak dla wszelkiej pewności i płyń bohaterze! Odpływa błyskawicznie. Uwielbiam ten moment, gdy widzę znikającą rybę w odmętach rzeki. Znów milion myśli.

 

Z zadumy wyrywa mnie plusk za plecami. Tuż po złowieniu ryby woda ożywa. Leuciscusy rozpoczęły żer, tych chlapnięć nie da się pomylić z niczym innym. W ferworze sesji zdjęciowej gdzieś podziałem szczęśliwą muszkę, ale nie ma czasu na, i tak z pewnością daremne, poszukiwania. Wiem, że muszę zmywać się na tramwaj, ale... chcę jeszcze. Wiążę Red Taga. Skradam się znów na napływ. Pierwszy rzut i znów czuję szarpnięcie na lince. Niestety nie zacinam. Kolejny rzut... i znów kij wygięty, ryba robi niezłe zamieszanie – wszystko w akompaniamencie żerowania jej współtowarzyszy. W tym momencie uświadamiam sobie, że moim wspólnym mianownikiem z tym stworzeniem, które właśnie ląduje w moim podbieraku, jest amok. Stan, który pozwolił nam się spotkać. Chwytam ostrożnie rybę i nawet nie mam pewności, czy to mały jaź, a może ładny jelec? Robię szybkie zdjęcie, by później rozwiązać tę zagadkę. Ryba odpływa. Starczy na dziś. Jest już prawie ciemno, na tarczy zegarka fosforyzujące wskazówki pokazują dwudziestą drugą.

 

Pakuję się, pomstując na komary – na przedramieniu mam sporo bąbli. Nawet nie czułem, kiedy mnie tak pokąsały. Wracam powoli, z nogi na nogę – ot, taki fajny stan ciała i umysłu.

 

Arkadiusz Kubale, „arhuku”

Skomentuj ten reportaż na naszym Forum.

 
Lure Factory 2012...
Reklama

Społeczność

Rejestracja
Forum
Facebook

Działy tematyczne portalu

Filmy
Poradnik
Publicystyka
Relacje
Sprzęt
Warsztaty

Aktualnie on-Line

Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości i 4 użytkownik 
  • mirek
  • Majki
  • bobesku
  • Dominik Kubisz

Redakcja - Przemek Szymański, Lesław Ruszała, Arkadiusz Kubale
Współpracownicy - Maciej Wieczorek, Piotr Flor, Paweł Brzuskiewicz, Rafał Kubicki, Remigiusz Kopiej, Kamil Rudnik, Dominik Kubisz, Mirek Świerkot, Darek Mrongas, Rafał Przybyła, Robert Szczepański, Sebastian Zdrojewski, Marcin Janaszkiewicz, Radosław Duszyński, Tomasz Cegiełka, Andrzej Walas i Jacek Grzeszczyk
Korekta tekstu - Arkadiusz Kubale (od 16.10.2011)
Moderatorzy forum - Rafał Przybyła, Lesław Ruszała, Arkadiusz Kubale, Przemek Szymański i Tomasz Palacz.
"Nakład" - www.naklenie.pl czyta miesięcznie średnio 28 000 osób (dane home.pl na maj 2012).
Copyring@2007-2012 www.naklenie.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone!
Materiały opublikowane w tym serwisie chronione są prawem autorskim.
Wykorzystywanie ich w całości lub w części, bez wiedzy i zgody redakcji, jest zabronione.
Realizacja pomysłu projektu:Websites Watford.
Szablon graficzny: templatka.pl
Portal istnieje od 01 lipca 2007 roku.




naklenie.pl naklenie.pl naklenie.pl naklenie.pl naklenie.pl