| Przedwiosenny Przeplataniec |
|
|
| Na czasie... | |||
| Wpisany przez Przemek Szymański | |||
| sobota, 12 marca 2011 09:56 | |||
|
Fajny przyłów w dobrym kleniowym miejscu.
Idźmy nad wodę
To podstawa by coś złowić. Przedwiośnie to doskonały okres, by się przełamać z okresu zimowego, który kojarzy mi się z letargiem i nie ciekawym samopoczuciem. Bycie częste nad wodą, nawet bez wędki przysporzy nam, więcej energii.
Założenia Sprzętowo-Łowiskowe
Tak, jak zimą odpuszczam sobie dużą wodę. Skupiam się na małych rzekach, kanałach, w których jak wiadomo temperatura wody rośnie szybciej. Temperatura dobowa, a zatem i temperatura wody odgrywa w naszych łowach istotny współczynnik. Przedwiośnie to okres kiedy ryba, na którą zamierzamy polować, ma w zamysłach okres godowy. Cieplejsze promienie słońca, ciepłe niże, które nasuwając się przynoszą dodatnią temperaturę w ciągu całej dobry, sprawiają, że płytsze płanie stają się ostoją nie tylko kleni.
Chyba starszy brat pierwszego okonia. Takie przyłowy podczas przedwiosennych kleniowych wypraw, to normalka. Okoń przygotowuje się do tarła. Mimo tego potrafi głęboko połknąć woblera. Najważniejsze, to usunąć zadziory na grotach kotwiczek. Pomaga to w szybkim uwolnieniu okazu i zmniejszeniu ran podczas odhaczania. Podstawa c&r.
W okresie marca, kwietnia białe drapieżniki pchają się na siłę, do dopływów większych rzek. Idąc takim tokiem myślenia, możemy jechać w ciemno w poszukiwaniu kleni w „ciurkach” i zakładać, że tam wyniki będą lepsze niż, byśmy obławiali większe wezbrane o tej porze roku rzeki. Oczywiście są odstępstwa od tego prawidła serwowanego co sezon, w okresie marca, ale myślę, że zawsze większe szanse na rybę o tej porze roku mamy w takich łowiskach. Woda, szybciej ogrzewa się w płytszych rzekach o wolniejszym przepływie. Jest tam więcej pokarmu, bardzo potrzebnego nie tylko kleniom do przygotowania się do godów i podreperowania tkanki tłuszczowej. Z drugiej strony naturalne jest to, że klenie mają już dość ubogiej w pokarm wody i teraz intensywniej szukają pokarmu i atrakcyjnych żerowisk. Łowiska takie czasami są wymagające pod względem podejścia do stanowiska. Liczne zwaliska, burty, nawisy nisko położonych drzew, sprawiają, że jakoś nie mogę się przemóc, by łowić na krótkie wędki. W takich łowiskach, osobiście lubię dłuższe składy, nawet trzy metrowe. Wędką taką można bez nagminnego pojawienia się obłowić burtę brzegową, zakręt rzeki i to wszystko podczas zachowania maksimum ostrożności. Odnośnie wyposażenia, wolę zdecydowanie plecionkę o średnicy włosowej. Żyłkę używam jedynie podczas ujemnych temperatur. Cienka plecionka zdecydowanie lepiej posyła woblery. Dzięki niej, na dłoni czuję pracującą przynętę, która dobrze prowadzona odbija się o denne przeszkody. Fragment wyjęty z Pamiętnika: „… Docieram wreszcie do swoich ciekawych zakrętów. Obserwuję łowisko dłuższą chwilę. Rozglądam się po okolicy, ale główną uwagę skupiam na brzegu i ścieżce prowadzącej wzdłuż wody. Nie ma śladów. Brzeg czysty, bez elementów obecności człowieka. Wychodzi na to, że od dłuższego czasu nie było tutaj nikogo. To dobry znak. Kleń już powinien być w tych rejonach. Ostatnimi czasy zrobiło się już cieplej. Noce, to temperatura rzędu +4’C. On już musi tu być. Nie śpieszę się. Przez polaroidy oglądam wodę. Jej barwa mówi mi, że jeśli natrafię na jej mieszkańców, będzie ciężko podejść na rozsądną odległość. Marzec jest bezlistny. Mimo, że pąki już pękają, na pierwsze liście trzeba będzie czekać na pewno miesiąc. Chwilę spoglądam na nie, przypominając sobie, że to już prawie wiosna, że nie długo sezon przyśpieszy, nie współmiernie, że ryby będą waleczniejsze. Ale okres przedwiośnia, ma swoje piękne chwile w moich wspomnieniach, pamiętając o nich, człowiek jakby szybciej maszeruje nad wodę. Tym razem nie było inaczej… Czas zacząć. Podchodzę na bezpieczną odległość do potencjalnej miejscówki. Dalszą drogę podążam na kolanach. Nie ma praktycznie za czym się schować. Jedynie co mnie maskuje, to kolor mojej odzieży i gołe jeszcze gałęzie. Nie będę bawił się w testy woblerów. Do agrafki zapinam woblera, bez którego już nie wyobrażam sobie normalnego wypadu.
Ten piękny łamaniec, ma „średnio” drobną akcję, pracuje „w miejscu” i łowi klenie często bez mojej pomocy. Na moich metach, to wabik na leniwe dni. Pierwszy rzut, bez rewelacji, na rozprostowanie „kości”, potrzebny by namoczyć postronek. Jednak udaje mi się go sprowadzić pięknie po łuku i wchodzę nim w tą rynnę, tnąc ją w połowie długości. Jest tam twardsze dno, z naniesioną darnią. Gałęzie przy brzegu, napawają mnie nadzieją na pokarm, za którym mógł przypłynąć mój kleń. Wobler nie dotarł, pod brzeg. W połowie długości, czuję tradycyjne mocne i najpiękniejsze w życiu kopnięcie. W ułamku sekundy, po tym, przepiękny odjazd. Pozwalam mu spłynąć kilka metrów. Po tym czasie, hamuję szpulę palcem i wyciągam go mocniej z jego rewiru. Szybki hol, pewne podebranie, szybka sesja. Płyń kolego!”
Przedwiosenny…
Tak właśnie wyglądają z reguły przedwiosenne wyprawy kiedy klenie wpłyną już do moich „ciurków”. Dłuższa wędka, plecionka, klasyczne woblery o drobnej i nie co szerszej akcji w kolorach naturalnych i mocno przygaszonych to moim zdaniem zestaw bardzo pomocny przy rozpoznawaniu łowiska po zimie. Ważne, by nie zaprzątać sobie głowy wielkością i kolorem wabików. Weźmy kilka woblerów do pudełka i konsekwentnie obławiajmy rejony rzeki, gdzie już powinny być klenie. Wszelki brzeg rzeki usytuowany na południowej części, gdzie słońce mocno operuje, a charakter rzeki sprawia, że może tam być kleń sprawi, że to miejsce może być „kasowe”, na dłużej. Zwaliska, w płytszych rejonach, rafy sąsiadujące z zastoiskami, zakręty z wolniejszym przepływem wody, ale twardszym dnem. Te miejsca mogą nam przysporzyć emocji w okresie marca, kwietnia, a nawet i w maju. Ważne by być nad wodą i łowić, łowić. Próbować, być nad wodą częściej niż raz w tygodniu. 2-3 wyprawy półtoragodzinne, dadzą lepsze efekty niż jedna sześciogodzinna, ale raz w tygodniu.
Już mocno wieczorny kleń. Maksymalnie dwugodzinne wyprawy po pracy dają regularniejszy kontakt z rybami.
Nawet, jeśli przydarzy się nie trafić w apetyt ryb, to jest jeszcze zmierzch. O tej porze na sto procent, większe klenie wyruszają na łowy. Zawsze biorę pod uwagę, że nic się nie będzie działo do zmierzchu. Często, właśnie tak jest. Wiedząc o tym idę tak, by dotrzeć do kilku bankówek właśnie o zmierzchu. Wybieram sobie jedno, dwa miejsca i próbuję z nich coś właśnie wydłubać. Agresywnie pracujący wobler, to zawsze dobry argument w takim przypadku. Brania następują z dokładnością, co 2-3 dobre rzuty.
Już prawie wieczorny. Pozostanie do zupełnych ciemności, w „suche” dni, to podstawa dobrego humoru po wyprawie.
Na zakończenie chciałbym zachęcić wszystkich czytających ten tekst, do jak najczęstszych, krótkich wypraw, nawet po pracy. Kilka tygodni takich maratonów, które na pewno, nie są łatwe do zrealizowania uświadomią wam, że było warto.
Przemek Szymański
|



Newsowe zdjęcie może zmylić tego kto, mało łowi w tym okresie. Jeśli warunki pogodowe są sprzyjające, jest pochmurno, ciepło, powyżej zera, a woda w rzece pozwala na utrzymanie się ryb w typowych stanowiskach, to śmiało idźmy nad wodę.
Właśnie w takim okresie obserwuje się masową nobilitację. Bardziej dyskutuje się o rzeczach mało istotnych. Rzeczy jak choćby przynęty są przez wędkarzy bardziej uważane, za istotny wpływ na sukces niż znalezienie dobrej miejscówki. Wędkarze rozprawiają się nad tymi i poszczególnymi modelami woblerów, mówiąc, że ten i tamten jest na pewno łowny. A ja twierdzę inaczej. Żeby był łowny musi trafić pierw do owej wody, gdzie żyją klenie. Tylko tak, nie inaczej sprawdzimy przydatność owego wabika na swoich metach, które notabene są zapewne różne od łowisk naszych znajomych. Rzeka, rzece nie równa, kanał również.










