|

Przemek Szymański
Bardzo ciężko jest pisać o sobie. To jak swoiste cv, ale, czy wędkarstwo należy traktować jak zawód? Zawsze podchodziłem do tego jak pasjonata. Czerpałem wiele przyjemności z ciszy spędzonej nad wodą. Nie lubiłem zawodów mimo, że kilkakrotnie startowałem w mistrzostwach swojego miasta. Nie ma się czym chwalić.
Wywalczona czołówka miejska to nie to co okręg, czy najważniejsze imprezy krajowe lub międzynarodowe. Może kiedyś powrócę do takich maratonów. Tylko pierw muszę wrócić do Ojczyzny. Obecnie mieszkam w południowej Anglii.
Lurebuilding to oprócz wędkarstwa i web desingu moje kluczowe pasje. Bardzo ciężko to pogodzić i najczęściej jest tak, że gdy zajmuję się jedną pasją cierpi na tym druga , a do tego dochodzi rodzina, którą trzeba się przecież opiekować. Ciężko to pogodzić. Imitacje owadów zacząłem robić ponad rok temu. Brakowało mi przynęt wyglądających tak jak moje przynęty. Znam swoje wody przyzwyczajenia kleni i pod nie są one robione. Nie tylko wygląd jest ważny. Ważna jest akcja i zachowanie przynęty w wodzie. Kto łowił na moje imitacje wie jak one "chodzą". Często słyszę zapytania o tą akcję. Wędkarze myślą, że coś jest nie tak. Wyjaśniam, że tak musi być. Opisuję jak mają łowić, jak je prowadzić, kiedy robić przystanki...
Z kleniem jest jak z kobietą kiedy jest w ciąży. Nie ma rady. Trzeba praktykować to co się robi i doprowadzać to do perfekcji. Takiego wędkarstwa kleniowego uczę się od 1995 roku kiedy pierwszy raz stanąłem nad Dolną Wisłą. Od tej pory kocham klenie i inne ryby zamieszkujące nurt. Często się powtarza, że kleń z każdej inne wody to jakby osobny gatunek. Ma podobno inne przyzwyczajenia. Mogę podpisać się pod tym stwierdzeniem obiema rękoma. Powiem więcej. Kleń zależnie od wieku i wielkości zachowuje się inaczej. Nie ma sensu porównywać trzydziestocentymetrowych niedorostków z półmetrowymi kabanami. To mija się z celem. Okazy jedzą inne "przynęty". Zachowują się jak myśliwi. Podchodzą tylko raz do przynęty. Jeden błąd, nie wykorzystane branie pustoszy nam miejscówkę, bo często ten, czy tamten dół zamieszkiwał jeden ponad półmetrowy kleń.
Każdy od początku będzie łowił małe osobniki tego gatunku. Będą one rosły w miarę upływu czasu. Kiedy opanujemy podchody, ustawienie się względem ryby, łowienie na odległość łowione klenie będą rosły nam w oczach. Wymaga to doświadczeń rzędu kilku-kilkunastu lat ciągłego treningu. Śmieszne jest kiedy pochopni łowcy łowiąc kilkanaście pięknych ryb tego gatunku rezygnują twierdząc, że już wszystko dla nich jest wiadome. Jest to przejaw lekceważenia i obłudy. 16 sezonów z kleniem nauczyło nie wiele. I wiem, że jeszcze długo, że nie złowię bez przypadku klenia powyżej 3-4 kg. Klenie powyżej 60 cm to ryby widma. Nie widać ich w ogóle. Wychodzą na krótki żer, który najczęściej następuje o świcie lub o zmierzchu, a jeszcze częściej jedzą w nocy. Moim zdaniem nocny spinning jest odpowiedni na największe okazy tego gatunku. Miałem kilka spiętych nocnych kleni gdzie wędka o mocy do 20lb. wydawała mi się zbyt miękka. I nadmieniam, że na tą rafę wpływały tylko klenie. Chciałbym tam wrócić. To nie były brytyjskie wody. Chciałbym również więcej chodzić i zwiedzać Bory Tucholskie. To mnogość kleniowych i nie tylko kleniowych wód. Piękne pstrągi, jazie, szczupaki, okonie. Na pewno tam wrócę. Co roku wracam choćby na chwilę.
Z wędkarskimi pozdrowieniami
Przemek Szymański www.naklenie.pl
Lesław Ruszała
Na wędkarstwo byłem skazany. Mój ojciec i dwaj wujkowie wędkowali od małego. Jak już tylko umiałem sam trzymać wędkę, zacząłem jeździć z nimi. Teraz jestem już uzależniony i zarażam tym swoich synów. Klenie łowię od kilku lat i mają zarezerwowane u mnie prawie wszystkie noce, które spędzam nad wodą. Dzienne łowienie poświęcałem innym gatunkom, ale za sprawą imitacji owadów coraz częściej rezygnuję z polowania na bolki, czy brzany i próbuję przechytrzyć klenia. Brakuje mi jeszcze doświadczenia w smużeniu, ale jeszcze kilka sezonów i będę mógł się dobrać do najgrubszych klusek. Jak pisałem mam dwóch synów, którzy skutecznie ograniczają czas na wędkowanie, a jak są już ze mną nad wodą jedynym gatunkiem tolerującym rzucanie kamieni do wody są bolki. Odetchnąć mogę dopiero w nocy, wtedy jestem w swoim żywiole. Jedyne co zakłóca ciszę to "niedobitki imprezowe", do tego już się przyzwyczaiłem i jest to niewielka cena, za udogodnienia jakie daje nocne łowienie w mieście - bliskość wielu miejscówek, sztuczne światło. Do tej pory wszystkie grube nocne kluchy ze mną wygrywały, jedne wyginały kotwiczki inne wypinały się tuż przed podebraniem, ale takie właśnie jest wędkarstwo. Każdej nocy kiedy wstaję niewyspany liczę na spotkanie z dużym kleniem. Te poniżej 40cm. rzadko biorą. Czekam, aż dzieci urosną, dopiero wtedy będę mógł spędzać więcej czasu nad wodą oczywiście w ich towarzystwie. Pozwoli mi to też częściej wyrywać się z miasta, a wokół Wrocławia jest wiele dzikich odcinków rzek, które chciałbym regularnie odwiedzać.
Pozdrawiam
Lesław Ruszaławww.naklenie.pl
Arkadiusz Kubale
Mimo że kartę wędkarską wyrobiłem już ponad dekadę temu, nadal wydaje mi się, że jestem początkującym wędkarzem. Mało tego, po tych wszystkich latach spędzonych głównie nad brzegiem Warty i okolicznej, poznańskiej glinianki, mam wrażenie – graniczące z pewnością – że tak już zostanie. Ma to nawet swoje uzasadnienie, bo przecież każda moja wyprawa to coś innego – kolejny rozdział, wyzwanie, nowe doświadczenia... Długo by tak wymieniać, a przecież większość z nas doskonale wie, dlaczego wraca nad wodę.
Rozpocząłem typowo i banalnie, od spławika i płoci. Nie, wróć! Zaczęło się na długo przed właściwym wędkowaniem, bo już od najmłodszych lat, jak sięgam pamięcią, mój wzrok przyciągały różne wahadłówki i ruskie woblerki w lokalnym sklepie sportowym. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, do czego to dokładnie służy, a jedynie za pomocą dziecięcej intuicji wydedukowałem, że pewnie do łowienia ryb. W pewnym momencie nawet stałem się dumnym posiadaczem jakiegoś kija (pomarańczowe toto było i kosztowało stare cztery tysiące złotych), ale w szczenięcym budżecie zabrakło na... kołowrotek.
Mógłbym tak dalej pisać i pisać, bo przecież wspomnień w człowieku wiele siedzi... Dość powiedzieć, że na swoje pierwsze poważne wędkowanie musiałem poczekać jeszcze kilka długich lat, kiedy to mieszkając przez jakiś czas w Libii, stanąłem z morską „wędą” i potężnym kołowrotkiem u wybrzeża Morza Śródziemnego. Złowiłem swoje pierwsze ryby, choć szczególnych sukcesów nie miałem. Zapał do łowienia nieco ostygł, za to kołowrotek mam do dzisiaj.
Kolejny i już ten właściwy, trwający do dzisiaj, epizod z wędką nastał po powrocie do Polski. Tu wracamy znów do glinianki, spławika i płoci. Typowo? Może i tak, ale doskonale pamiętam tę rybę – bo w zasadzie ją traktuję jako moją naprawdę pierwszą. Dalej już wszystko potoczyło się lawinowo – przez moment gruntówka i karpie, by potem stopniowo przerzucić się na spinning, w którym w zasadzie tkwiłem do tego sezonu, łowiąc jazie, klenie oraz... wzdręgi. Od pewnego momentu tej historii, każdej kolejnej zimy towarzyszy mi również podlodówka z mormyszką – jest to w zasadzie jedyny moment w roku, kiedy sięgam po przynęty naturalne.
Sezon 2011 jest dla mnie szczególny ze względu na odkrycie metody muchowej. Niby już od kilku lat mam tę muchówkę, lecz dopiero w tym roku zebrałem się w sobie, by odstawić spinning i wreszcie poczuć magię napiętego sznura. Założenie było proste – kilka wypraw, by w końcu w podstawowym stopniu ogarnąć temat sztucznej muchy. Zaczęło się zatem niewinnie, lecz teraz, gdy piszę te słowa, mamy listopad, a ja czuję, że przepadłem, wsiąkłem i ogólnie przeżywam drugą wędkarską młodość. Odkrywam świat entomologii, fly tyingu, od nowa poznaję pewne gatunki ryb i ich zwyczaje; moje łowienie dzięki muszkarstwu wykroczyło daleko poza „ramy” łowiska – do tego stopnia, że granica między życiem codziennym a pasją wędkowania stała się nie tyle płynna, co już nawet niewidzialna.
Nie mogę się pochwalić żadnymi szczególnie dużymi rybami – łowię zupełnie przeciętnie i często zdarza mi się wrócić znad wody o przysłowiowym kiju. Lubię jednak opowiadać o swoich obserwacjach z wypraw, szczególnie przelewać to na papier, uwieczniać na zdjęciach, wreszcie – wciągać w to całe zamieszanie moją partnerkę Agnieszkę, która od jakiegoś czasu również bawi się we fly tying i kto wie, może w przyszłości również spróbuje połowić ze mną na muchę.
Tyle na temat mojego łowienia. A prywatnie i poza? Niedoszły hungarysta, miłośnik poprawnej polszczyzny oraz dobrej kuchni azjatyckiej, ratownik medyczny.
Arkadiusz Kubale www.naklenie.pl
|